Ktoś opowiada o jakimś swoim kłopocie. Ty widzisz rozwiązanie w trzy sekundy i mówisz je na głos. Rozmowa gaśnie, a Ty nie rozumiesz, dlaczego, bo przecież pomogłeś. Dałeś rozwiązanie, którego ktoś poszukiwał.
Rada zakłada, że problem jest do rozwiązania i że rozmówca sam nie wpadł na to, co Tobie przyszło od razu do głowy.
Oba założenia bywają fałszywe, a drugie jest w dodatku obraźliwe.
Świadek nie rozwiązuje. Świadek potwierdza, że coś się wydarzyło i że było trudne.
To wystarcza znacznie częściej, niż nam się wydaje.
Nie potrzebuje rozwiązania – potrzebuje widowni
To częste w rozmowach ze znajomymi, ale też i bliskimi nam osobami – chcesz komuś pomóc, znasz odpowiedzi na pytania, z którymi się boryka osoba opowiadająca o problemie, ale tu nie chodzi o rozwiązanie – tu chodzi o uwagę, którą dajesz.
To zjawisko, moim zdaniem, dzieli się na dwa.
Pierwsze to osoby, które po prostu “lubią” mieć problem. Tak mocno polubiły ten stan, bo każdy się nimi przejmuje. Dostają w końcu upragnioną atencję.
Dasz im rozwiązanie – jesteś ten zły. Jest dobrze, dopóki tylko słuchasz..
Drugie to zaś osoby, które straciły wolę walki – wszelką chęć do znalezienia rozwiązania – wyuczona bezradność. Dokładnie tym to jest. Nawet dając rozwiązanie – podświadomie będą dążyć do sabotowania swoich działań, aby nadal pozostać w tym stanie.
W obu przypadkach – jesteś tylko obserwatorem, widownią.
Nie zmienisz nic.
